Homilia na V Niedzielę Wielkiego Postu – 29 marca 2020

Dziś kolejna odsłona tajemnicy Zbawiciela, który objawia nam siebie jako nasze zmartwychwstanie i życie. – opis cudownego wskrzeszenia Łazarza.
Jesteśmy w Betanii – wiosce położonej na wschód od Jerozolimy, w miejscu pokoju i radości, którą Jezus odnajdował, ile razy odwiedzał dom swoich przyjaciół: Marty, Marii i Łazarza. Ewangelista Jan mocno podkreśla, że Jezus miłował Martę i jej siostrę Marię i Łazarza
Ale Betania to także miejsce płaczu Jezusa z powodu śmierci przyjaciela, to moment obudzenia życia, które rozpoczyna się w momencie wskrzeszenia Łazarza.  Pojawiają się jak zawsze pytania i wątpliwości:
czy Jezus nie mógł przyjść na czas i uzdrowić swojego przyjaciela? Dlaczego pozwolił mu umrzeć, narażając na tyle cierpienia jego siostry, rodzinę i przyjaciół? Co jest większym znakiem: uzdrowienie czy wskrzeszenie?  Pan Jezus świadomie wystawia na próbę wiary Martę i Marię, i wybiera trudniejszą wersję wydarzeń, aby jeszcze bardziej objawić chwałę Ojca.

Kiedy dziś czytamy Ewangelię, to na szczególną uwagę zasługują słowa o zmartwychwstaniu. Słyszymy dialog pomiędzy Jezusem z siostrą zmarłego – Martą.  Z jednej strony lęk i obawy Marii przed śmiercią: Panie! Gdybyś tu był, mój brat by nie umarł, a z drugiej strony zapewnienie Jezusa, dotyczące przyszłego zmartwychwstania i życia:
Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie.  Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to?”
Widzimy tutaj Chrystusowy paradoks: w momencie śmierci, Jezus zachęca do myślenia o życiu. Chce wzmocnić naszą ufność, że za tą ciemną powłoką śmierci jest światło, życie i wieczna miłość – jest życie wieczne przygotowane w domu Ojca. Nie lubimy myśleć o śmierci.
Temat śmierci nie należy do ulubionych, dlatego niechętnie podejmujemy dyskusje. Tymczasem św. Augustyn mówi: „wszelkie dobro jest niepewne, sama tylko śmierć jest pewna”. Wiemy, że umierają ludzie starsi: mając 80 i więcej lat, umierają dziadkowie, rodzice: ojciec i matka, ktoś chorował na nowotwór, ktoś miał cukrzycę, ktoś dostał zawał – serce nie wytrzymało, ktoś inny utonął, lub zginął w wypadku samochodowym. Nie chcemy przyjąć do wiadomości prawdy o naszym przemijaniu i niejako odkładamy myśli o własnej śmierci. Ale żebym to ja nagle umarł, to jest niemożliwe! A jednak! Kiedy świat dopadła pandemia koronawirusa, widzimy jak wielkie żniwo zbiera śmierć: tyle tysięcy ludzi zakażonych, tyle tysięcy ludzi nie żyje. Odczuwamy lęk przed zakażeniem i widmem śmierci, która jest bardzo realna. Żeby śmierć nie napawała nas lękiem, trzeba być na nią zawsze przygotowanym. Dlatego śpiewamy w suplikacjach: „Od nagłej i niespodziewanej śmierci – zachowaj nas Panie” – to znaczy od śmierci, na którą nie jesteśmy przygotowani. Od nagłej, to znaczy od takiej śmierci, która byłaby dla nas zgubą wieczną – śmierci bez sakramentów świętych: bez spowiedzi i Komunii świętej. Tam po drugiej stronie życia Bóg przygotował dla nas najpiękniejsze mieszkanie. Ale czy je otrzymamy, to zależy od naszego życia na ziemi. Troszczymy się o dobra doczesne, aby niczego nam nie brakowało.  Ale zastanówmy się: czy tak samo troszczymy się o wieczność, aby nam jej nie zabrakło?!

W czasach, gdy była jawna walka z kościołem, ludzie na przekór licznie uczestniczyli we Mszy Św., spowiadali się i przyjmowali Komunię Św.; potem przyszedł czas wolności religijnej i kościoły powoli zaczęły świecić pustkami. Teraz przyszedł trudny czas epidemii – zakaz uczestnictwa w zgromadzeniach religijnych powyżej 5 osób – przed nami perspektywa nietypowego przeżywania tych jakże Wyjątkowych Świąt – i nagle otwierają się oczy – w sercu żal – chcielibyśmy, a z powodu zagrożenia nie możemy. Może potrzeba takiego duchowego głodu Chrystusa, żeby na nowo zrozumieć, że to On jest „lekiem na cale zło i nadzieją na przyszły rok” – naszym pokarmem na życie wieczne, że bez Niego nic nie możemy, że On nadaje sens naszemu życiu!
Choć nie jesteśmy chronieni w życiu od sytuacji trudnych – podobnie jak przyjaciel Jezusa – możemy jednak zawsze liczyć na Jego obecność na wyciągnięcie ręki, na wierność Jego przyjaźni.  Jezus, który po śmierci zmartwychwstał, zapewnia nas o nowym życiu. Smutne byłoby chrześcijaństwo, które zakończyłoby się na Golgocie. Zbliżamy się do celebracji Świąt Paschalnych, starajmy się umocnić naszą wiarę, że po Wielkim Piątku jest grobowa cisza Wielkiej Soboty, którą rozbudza nagle i nieprzewidywanie niedzielny, radosny poranek Zmartwychwstania, zapalający w nas światełko nadziei.

Panie, nawet wtedy, gdy wszystko podpowiada mi, że nie warto; naucz mnie ufać bezgranicznie Tobie, tak jak zawierzyła ci Maria – siostra Łazarza. Bądź moim jedynym sensem życia. Ty jesteś moim światłem w tunelu, Ty jesteś moją drogą do celu, Ty jesteś jedyną prawdą o Królu mój! Amen.

Homilia na III Niedzielę Wielkiego Postu – 15 marca 2020

<<Jezus zmęczony drogą siedział sobie przy studni (…) Nadeszła tam kobieta z Samarii, aby zaczerpnąć wody.  Jezus rzekł do niej: „Daj Mi pić!” Jakżeż Ty, będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę, bym Ci dała się napić?>>”

Jezus zmęczony drogą potrzebuje pomocy Samarytanki. Od prośby Jezusa i odpowiedzi zaskoczonej kobiety rozpoczyna się ich spotkanie, które prowadzi do poznania Mesjasza i przyjęcia na nowo własnej, trudnej historii życia kobiety z Samarii. Spotkanie z miłością Jezusa otwiera Samarytankę na trudną prawdę o samej sobie i uwalnia ją od lęku o siebie. Samarytanie dla Izraelitów byli innymi, obcymi ludźmi. Żydzi pamiętali, że Samarytanie są potomkami tych, którzy kiedyś ich pobili. I to wystarczyło, by byli wrogo ustosunkowani do siebie. My także łatwo wykorzystujemy wszystkie okazje, aby podkreślać to, co nas różni. My jesteśmy inni, tamci są z innej wioski, miejscowości, z innej dzielnicy. Ten należy do innej wiary, tamten do innej partii, ten za inteligentny dla nas, a tamten jest za prosty.
Ten zbyt pobożny – nawiedzony, a tamten niereligijny – profan. Tak ciągle podkreślamy to, co nas różni.  I tyle jest niechęci w naszym życiu, tyle barier, które stawiamy wobec siebie i innych ludzi.
Jezus kolejny raz łamie te stereotypy – łamie podziały– dlatego wychodzi do Samarytanki. Syn Boży przychodzi i nie zatrzymuje się przed żadną barierą, która oddzieliła człowieka od Boga. Bóg sam chce wyjść nam naprzeciw, mimo tego, że to człowiek odwrócił się do Boga i podeptał w raju jego miłość. Pan Jezus na wylot przenika serce kobiety samarytańskiej.
„Idź, zawołaj swego męża i wróć tutaj”. „Nie mam męża”. ,,Słusznie powiedziałaś; miałaś bowiem pięciu mężów, a ten, którego teraz masz, nie jest twoim mężem” .
W spotkaniu z Jezusem poznaję prawdę o sobie. Jezus zna doskonale moje serce. Nie patrzy na moje grzechy, nie pyta, czy jestem godny, czy niegodny, nie pyta o żadne moje tytuły, wyróżnienia czy zasługi. W świetle tego dzisiejszego Słowa warto pochylić się przez moment nad tajemnicą sakramentu małżeństwa. Czy małżonkowie pamiętają o tym, że w momencie ich ślubu przed ołtarzem sam Chrystus zobowiązał się być z nimi na zawsze, być ich światłem i mocą w każdej życiowej sytuacji? Czy małżonkom naprawdę zależy na tym, aby ta Boska obecność Chrystusa przenikała ich życie małżeńskie i rodzinne? Jeśli małżonkowie ślubują sobie wzajemnie, „iż cię nie opuszczę aż do śmierci”, to muszą pamiętać, że sakrament jest źródłem moralnej i duchowej mocy dla mężczyzny i kobiety, która przekłada się na realną, fizyczną moc – zwłaszcza wtedy, gdy przychodzą doświadczenia, cierpienia, trudne skomplikowane sytuacje, których po ludzku nie rozumiemy – których po prostu nie ogarniamy!
Trzeba wytrwale współpracować z łaską sakramentu małżeństwa. Trzeba tę łaskę stale odnawiać!
To przykazanie wzywa także do legalizacji wszelkich związków partnerskich – nie ważny jest wiek, nie ważne jest to, co inni sobie pomyślą – jeśli chcę ze spokojem sumienia przystępować do Stołu Pańskiego, to może warto pomyśleć o zawarciu małżeństwa /dziś jest tyle możliwości prawnych z punku patrzenia Kościoła/. Jezus mówi do Samarytanki: ,,Gdybyś znała dar Boży i wiedziała, Kim jest Ten, Który ci mówi: „Daj Mi się napić” – prosiłabyś Go wówczas, a dałby ci wody żywej”
Dar, to nie jest coś nie zasłużonego, coś, do czego nie mamy żadnego tytułu. Dla nas wszystkich Bóg przygotował dar: ,,Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego za nas wydał” (por. J 3, 16). Samarytanka do końca nie rozumie słów Jezusa dlatego pyta bardzo racjonalnie:
„Panie, nie masz czerpaka, a studnia jest głęboka. Skądże więc weźmiesz wody żywej?!”
Jezus odpowiada jej: ,,Każdy, kto będzie pił z tej wody – będzie znowu pragnął (…)
Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki” (J 4, 14).

Jaki to dar przynosi nam Jezus Chrystus? I cóż to za woda, którą On daje, skoro nie ma czerpaka, a studnia jest głęboka? Tym darem jest On sam. Tylko Bóg ma takie pokłady głębokiej miłości i taką miłością nas ukochał, i chce nas obdarować każdego dnia. Obrazem takiej miłości jest woda żywa. W nas powstanie źródło wody żywej, z naszego serca wytryśnie miłość, godna tej miłości, którą Bóg nas obdarował. Samarytanka pragnie tej wody żywej, dlatego mówi: „Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać”. To, co przynosi Jezus Samarytance i nam wszystkim, to nowa religia w Duchu i prawdzie. „Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie”. To jest ta nowa religia, to jest istota naszego chrześcijaństwa. Chrześcijaństwo to nie jest magia, to nie są jakieś rytuały, które zabezpieczają w tym życiu od nieszczęść. Chrześcijaństwo to nie lista niezrozumiałych nakazów i zadań, które musimy wypełnić. Chrześcijaństwo – to religia w Duchu i w Prawdzie. To spotkanie z żywym Bogiem, który w Jezusie Chrystusie daje nam siebie, bo jest Miłością i pragnie, abyśmy tym sercem z innymi się podzielili.  Ze współmałżonkami, z dziećmi, z najbliższą rodziną, ale i ze sąsiadami, z osobami spotkanymi może przypadkowo na drodze – z tymi, którzy tej miłości nad wyraz potrzebują. To jest prawdziwa Dobra Nowina, to jest prawdziwe chrześcijaństwo. Prawdą jest Jezus Chrystus – ,,Ja jestem prawdą”  (J 14, 6). On po to przyszedł, aby objawić Boga, który jest miłością, darem. Do przyjęcia tego daru powinniśmy być zdolni.
Samarytanka była zdolna, bo wyznała wiarę w prawdę objawioną: „Wiem, że przyjdzie Mesjasz, zwany Chrystusem”. Jezus widzi, że kobieta jest w stanie Mu uwierzyć, dlatego objawia prawdę o sobie: „Jestem Nim Ja, który z tobą mówię”.
I nagle kobieta, która do tej pory unikała ze wstydu sąsiadów i znajomych, biegnie do miasteczka, aby opowiedzieć, kogo spotkała przy studni.
To jest ta Boża pedagogika! Bóg pragnie mówić z człowiekiem, aby się mu objawić, potrzebuje jego obecności i otwartości serca. On, który jest Miłością, pragnie Twoje poranione serce na nowo naprawić! On jest najlepszym kardiochirurgiem w naszym duchowym życiu!
Skorzystaj z tego daru i nie odkładaj spotkania z pełnym miłości Jezusem na ostatnią chwilę. Zwłaszcza teraz, kiedy szaleje epidemia koronawirusa– ważne żeby nie stracić czujności, ale i wiary – żeby zachować powagę, środki ostrożności i bezpieczeństwa, ale nie ulegać panice i nie posuwać się do granic obłędu, egoizmu i walki o byt.  Może właśnie to jest SIGNUM – ZNAK od Boga, aby zupełnie inaczej przeżyć ten Wielki Post – nie w zabieganiu, ale w spokoju, we własnej izdebce, w otoczeniu najbliższych; nie z nosem wbitym w ekran telewizora, laptopa czy smartfona, nie w pogoni za nowymi informacjami i wiadomościami, ale z Pismem Św., z różańcem w ręku,  słuchając refleksyjnej muzyki, zanurzając się w lekturę duchową dobrej książki, czasopisma – czyli tego, na co nie mam czasu na co dzień; uczestnicząc w transmisji Mszy Św. w radio czy telewizji – może Pan chce przemówić do nas właśnie w ten sposób, abyśmy na nowo mu zawierzyli, zaufali i napełnili się Jego miłością. Może to właśnie mają być takie wyjątkowe, prawdziwe rekolekcje dla nas?! Może Pan pragnie, abyśmy w tej zupełnie nowej sytuacji nie ulegali emocjom, ale w pokorze i w pełnym zaufaniu odnaleźli drogę do Niego?! Wołajmy do Jezusa naszą ufną modlitwą:
Panie Jezu Chryste!
Ty jesteś teraz obecny wśród nas. Ty obiecałeś: ,,Gdzie dwaj, albo trzej są zebrani w imię Moje, tam Ja jestem pośród nich”… Ty przenikasz moje serce. Każde serce stoi przed Tobą otworem. Jezu daj mi pić! Ugaś moje pragnienie poznania Ciebie
. Ty znasz nasze najtajniejsze myśli.
Ty nas przenikasz, znasz mnie lepiej niż ja sam siebie. Ty widzisz wszystkie moje słabości i grzechy, Ty znasz wszystkie moje lęki i niepokoje. Ty widzisz, jak boję się widma zakażenia i epidemii. Ty znasz wszystkie moje zranienia i cierpienia, wszystkie ciężary, które dźwigam.
Panie, oddaję teraz Tobie to wszystko. Ty się zajmij tym wszystkim!
Panie naucz mnie zaufać Twojej miłości. Przyjdź, Panie Jezu i zaradź memu niedowiarstwu.
Panie wypełnij swoją obietnicę. Proszę Cię o dar żywej wody. Niech na nowo wytryśnie we mnie źródło wody żywej: mocnej wiary, niezłomnej nadziei i gorącej miłości. Amen.

Homilia na Środę Popielcową – 26 lutego 2020

„Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli”.
Wielki Post to czas szczególnej łaski powrotu do głębokiej i osobistej relacji z Bogiem. Mówią nam o tym dzisiejsze czytania – najpierw Pierwsze Czytanie z Księgi Joela, który woła: „Nawróćcie się do mnie całym swym sercem… Rozdzierajcie jednak wasze serca, a nie szaty! Nawróćcie się do Pana Boga waszego! On bowiem jest łaskawy, miłosierny, nieskory do gniewu i wielki w łaskawości, a lituje się na widok niedoli”.
To wołanie do przemiany życia i prawdziwego nawrócenia kontynuuje dziś Św. Paweł Apostoł, który w Liście wzywa kameralną, ale prężną wspólnotę chrześcijan z Koryntu: „W imię Chrystusa prosimy: pojednajcie się z Bogiem. Oto teraz czas upragniony, oto teraz dzień zbawienia”.
Jezus przestrzega nas przed tzw. hipokryzją – czyli obłudnym zachowaniem i postępowaniem, przed robieniem czegoś na pokaz, aby uzyskać aplauz, owacje na stojąco od innych ludzi. On zaprasza nas, abyśmy czynili dobro nie dla pochwał, ale biorąc przykład z Niego, wszystko czynili dla Ojca, który zna najgłębsze pragnienia i motywacje serca każdego z nas. Dlatego Pan Nasz pokazuje nam w dzisiejszej Ewangelii, że w tym budowaniu relacji z Bogiem pomagają nam trzy drogi życia duchowego:
Pierwsza to JAŁMUŻNA, która oczyszcza i uwalnia serce w relacji do drugiego człowieka. Kiedy składasz jałmużnę – czyli ofiarę, nie trąb przed sobą, aby cię ludzie chwalili – bo już nagroda została odtrąbiona i odebrana. Ale niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.
Druga to MODLITWA, która oczyszcza i uwalnia moje serce w relacji do Boga.
W czasie modlitwy nie bądź jak ludzie pełni obłudy, którzy lubią robić pewne rzeczy na pokaz, żeby zabłysną, żeby uzyskać aplauz, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Gdy Ty chcesz się naprawdę pomodlić, czyń to z potrzeby serca, dla siebie, nie dla innych; wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.
Trzecia to POST, który
oczyszcza i uwalnia moje serce w relacji do samego siebie. Kiedy naprawdę pościsz – czyli się umartwiasz, rezygnujesz z czegoś, nie bądź posępny jak ci ludzie przybierają wygląd ponury, aby pokazać innym, że się umartwiają – że poszczą. Zaprawdę powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę. Mam być człowiekiem normalnym, pełnym życzliwości, otwartym i uśmiechniętym wobec innych; aby nie ludziom, ale Ojcu pokazać – Temu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie”.
Znajdź dziś chwilę czasu i pomyśl, co w tym Wielkim Poście będzie twoją autentyczną ofiarą złożoną Bogu? Co będzie twoją prawdziwą modlitwą, twoim postem i twoją jałmużną – czyli konkretnym darem miłości, ofiarowanym innym ludziom.
Panie Jezu, daj mi, proszę, poznać dobroć Ojca, który z miłością patrzy w moje serce. Amen.

Homilia na VII Niedzielę zwykłą – 23 lutego 2020

„Słyszeliście, że powiedziano: «Oko za oko i ząb za ząb»”
Taki był sposób myślenia starotestamentalnego, opartego jeszcze na słynnym Kodeksie Hammurabiego, babilońskim zbiorze praw zredagowanym i spisanym w XVIII w. p.n.e. Jeśli ty mi zrobisz coś złego, ja ci natychmiast oddam pięknym za nadobne – w imię sprawiedliwości. Jeśli ty mnie zranisz boleśnie, to ja według prawa oddam ci dziesięciokrotnie mocniej.
Pan Jezus potępia taki sposób myślenia i postępowania, choć zawarty w starotestamentalnym prawie: „A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu”.
To co Jezus poddaje dyskusji – to pojęcie, że wybór zemsty czy nienawiści nie jest właściwym rozwiązaniem. Może dać chwilową ulgę zranionej ambicji, lecz tak naprawdę ona zaplątuje serce człowieka w sieć coraz dotkliwszego zła i chęci odwetu. Można dziś człowieka zabić na tysiące sposobów: słowem, językiem, oceną, obmową, plotką –nie sprawdzoną, wątpliwej prawdziwości informacją, można skrzywdzić kogoś fałszywym donosem i w ten sposób kogoś oczernić, Jeśli ktoś zostaje oskarżony lub pomówiony, pomimo że po jakimś czasie informacja nagle zniknie lub wszyscy zapominają, taka osoba zostaje na zawsze naznaczona negatywną opinią i musi z tym żyć z przyszytą fałszywą łatką – etykietą.
Pomyślmy dziś o tych, którzy są na szczególnym celowniku mediów, poprzez tabloidy, poprzez wolność wypowiedzi, poprzez łatwość publikowania opinii na czyjś temat na portalach społecznościowych i szybkiego ich usuwania – można zniszczyć na całe życie.
Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi. Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz. Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące. Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie?!”
To wcale nie oznacza, że mamy godzić się na krzywdę i przemoc. Możemy się bronić oraz stawiać granice, ale ważne jest to, aby nie odpłacać tym samym, tylko mieć serce otwarte na przebaczenie i pojednanie. Widzimy co się dzieje w świecie polityki, show-biznesu – jak ludzie się wzajemnie wyniszczają –pyskówki, wzajemne przekrzykiwania w parlamencie, w czasie rozmów i debat telewizyjnych, każdy ma rację – ja panu nie przeszkadzałem, krzyk, złość i pogarda dla drugiego człowieka, wyniosłość, pycha i próżność – my jesteśmy lepsi od nich; agresja, niechęć, zjadliwość – a my chrześcijanie to oglądamy, to wielu z nas nakręca – ta spirala złości, hejtu i nienawiści, tym karmią się nasze dzieci i młodzież – kiedy na to patrzą?! Czy tak ma być? Czy mamy żyć duchem nienawiści i żądzą odwetu – czy raczej powinniśmy umieć odpuścić, przebaczać i szukać nici porozumienia i budowania wzajemnych relacji w duchu wzajemnej jedności i poszanowania? Zgoda buduje – niezgoda rujnuje.
Wzorcową lekcję, jak należy to czynić pokazał nam Św. Jan Paweł II, który 13 maja 1981 roku został postrzelony przez tureckiego zamachowca Ali Agcę, Po kilku dniach od operacji wszyscy usłyszeli głos Jana Pawła II, który ze szpitalnego łóżka powtórzył to, co mówił tuż po zamachu: „Modlę się za brata, który mnie zranił i któremu szczerze przebaczyłem”. Zamachowiec tymczasem siedział w więzieniu i nie mieściło mu się w głowie, że jego ofiara przeżyła. Był zawodowcem i nigdy nie chybiał. Nie dość, że obie kule ominęły najważniejsze dla życia narządy rannego, to jeszcze po trzecim strzale zaciął się niezawodny pistolet. Taki przypadek zdarza się raz na milion. Wśród niezrozumiałych dla Agcy zdarzeń było to, co nastąpiło później. Sensacją stał się fakt, że Jan Paweł II postanowił spotkać się z niedoszłym zabójcą. Rozmowa odbyła się w cztery oczy, w dniu 27 grudnia 1983 roku i trwała 25 minut, w celi rzymskiego więzienia Rebibbia. Treści tej rozmowy nie ujawniono. Wiemy tyle, ile powiedział później Papież: „„Rozmawiałem z nim jak z bratem, któremu z całego serca przebaczyłem i który cieszy się moim zaufaniem.  Ali Agca – jak mi się wydaje – zrozumiał, że ponad jego władzą, władzą strzelania i zabijania, jest jakaś potęga wyższa. Zaczął więc jej poszukiwać. Życzę mu, aby ją znalazł”. Papież przebaczył Ağcy, a w1999 roku Ojciec św. wystąpił z prośbą o ułaskawienie zamachowca. W czerwcu 2000 r. prezydent Włoch, ułaskawił Ağcę i nakazał jego ekstradycję do Ankary.
Potrzeba wielkiej odwagi i wewnętrznej siły, aby przerwać spiralę zła, zemsty i przemocy, aby być ich ostatnim ogniwem, które już nie odpowiada tym samym, lecz modlitwą, przebaczeniem, darem z siebie. Prawdziwy uczeń Boga, to co mówi i to co robi, powinien czynić w duchu postawy miłosierdzia, aby nie zniszczyć drugiego człowieka. Tej postawy uczył nas Bł. ks. Jerzy Popiełuszko, który miał odwagę mówić prawdę o człowieku i systemie, który nas zniewalał, chociaż sam Ks. Jerzy czuł się wewnętrznie wolny.
Dlatego jego dewizą stały się słowa Św. Pawła Apostoła: „Nie da się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj!”
19 października 1984 roku
na kilka godzin przed śmiercią, podczas rozważania nabożeństwa różańcowego w Bydgoszczy wypowiedział te znamienne słowa: „Módlmy się, byśmy byli wolni od lęku zastraszenia, ale przede wszystkim od rządzy odwetu i przemocy” – ks. Jerzy już wtedy wyraził  postawę przebaczenia oprawcom, którzy bestialsko zamordowali. Dziś w I czytaniu słyszymy jakże ważne słowa: „Nie będziesz w sercu żywił nienawiści do swego brata, nie będziesz szukał pomsty, nie będziesz żywił urazu do synów swego ludu, ale będziesz kochał bliźniego jak siebie samego!”  Dlatego papież Franciszek zachęca nas, abyśmy byli ludźmi autentycznymi, życzliwymi, miłosiernymi i umieli sądzić z perspektywy Boga: „Konkret świętości nosi zapach domu, chleba, naszych relacji, gestów i serca. Jezus jest jak dom, a my jesteśmy w jego środku i z okien tego domu patrzymy na świat. Dlatego nie zamykamy się w sobie, nie opłakujemy melancholijnie przeszłości, ale zawsze patrzymy za horyzont w przyszłość, która jest stałą troską Bożej Opatrzności. To wszystko, co jest nieprzejrzyste, pewnego dnia stanie się światłem”
Prośmy gorąco, abyśmy przygotowując się do rozpoczęcia okresu Wielkiego Postu potrafili przebaczać i wchodzili na drogę przebaczenia i pojednania – skoro Chrystus nam przebaczył tak i my powinniśmy czynić:
Panie Jezu, chcę nauczyć się od Ciebie, że drugi policzek nadstawia się nie po kolejne uderzenie, lecz w gotowości przyjęcia pocałunku przebaczenia i wyciągnięcia ręki do zgody na znak miłosierdzia i pojednania. Amen.

Homilia na sobotę, 15 lutego 2020 r. – Dzień Chorego w parafii

„Żal mi tego tłumu, bo już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają co jeść. A jeśli ich puszczę zgłodniałych do domu, zasłabną w drodze; bo niektórzy z nich przyszli z daleka” Ewangelia wskazuje na postawę Jezusa, który okazuje prawdziwą empatię – czyli jest wrażliwy i głęboko zatroskany o osoby, które Go słuchają, idą za Nim, poszukując Boga. Zaspokaja nie tylko ich potrzeby duchowe, lecz także te materialne, jest wrażliwy na niegodności z powodu braku jedzenia. Współczucie serca Jezusa: „Żal Mi tego ludu”, dziś dotyka również moich potrzeb. Jezus karmi mnie i zaprasza, abym razem z Nim stał się zatroskany o innych. Postaw sobie pytanie: co budzi we mnie troskę i współczucie Jezusa? Co jest moim głodem, który Jezus pragnie nasycić, abym nie zasłabł w drodze życia?
Ewangelista Marek nie tylko chce nam ukazać cud drugiego rozmnożenia chleba, którym Jezus nasyca około czterech tysięcy ludzi, mając do dyspozycji tylko siedem chlebów i kilka rybek. On zwraca naszą uwagę na bardzo istotną prawdę. Najważniejsze w życiu każdego chrześcijanina jest to, aby trwać nieprzerwalnie przy Panu Bogu i wchodzić z nim w jak najlepsze relacje – mieć z nim nieprzerwalny kontakt. Dziś często mówimy – będziemy w kontakcie: telefonicznym, sms-owym, komputerowym, na tzw. Skype, e-mailowym. Dzisiejsza Ewangelia uczy nas tego, że powinniśmy dla naszego duchowego dobra być w stałym kontakcie z panem Bogiem. Jeśli pójdziemy za Bogiem i poświęcimy Mu nasz czas i energię, aby Go poznawać i wypełniać Jego wolę, nawet za cenę poświęceń i wyrzeczeń, jeśli przyjdą na nas jakieś doświadczenia i upokorzenia, choroby i cierpienia, a my nie zwątpimy, nie obrazimy się na Boga i nie odejdziemy od niego – wręcz przeciwnie będziemy przy nim trwać i Mu ufać; to On nas nie zostawi i zatroszczy się o każdego z nas nawet jeśli będzie to wymagało – jak w dzisiejszym opisie – cudownego rozmnożenia chleba.
W tym roku obchodzimy 100 rocznicę urodzin Św. Jana Pawła II. Dziś chcemy popatrzeć na największego z rodu Polaków nie przez pryzmat jego wiedzy, mądrości i znajomości języków, kultury i świata – ale przez pryzmat Jego wierności Bogu i Matce Najśw. w najtrudniejszych i najważniejszych momentach jego życia. W Wadowicach, na wieży kościoła znajduje się zegar słoneczny, na którym widnieje napis: Czas ucieka wieczność czeka! Ten napis miał przed swoimi oczyma Karol Wojtyła, kiedy był mały, kiedy dorastał i kiedy jego najbliżsi: mama, brat a potem ojciec powoli odchodzili z tego świata. W wieku 9 lat stracił mamę, kiedy miał lat 11, zmarł jego brat Edmund, który pomimo młodego wieku był cenionym lekarzem i pracował w szpitalu miejskim w Bielsku jako zastępca ordynatora. Walcząc z epidemią szkarlatyny, zaraził się od niej śmiertelnie i zmarł 4 grudnia 1932 r. w wieku 26 lat. Kiedy Karol Wojtyła skończył 22 lata, zmarł jego ojciec. Pozostał sam na świecie.
W okresie okupacji jedynym sposobem uratowania się przed wywiezieniem do obozu była praca fizyczna. Pracował w kamieniołomie, w fabryce „Solvay”; kiedy wracał z pracy, uległ wypadkowi – został potrącony przez samochód. Już wcześniej zaczął myśleć o wyborze drogi kapłańskiej i podjął tajne nauczanie w podziemnym seminarium. Wyświęcony 1 listopada 1946 roku, następnego dnia w krypcie Św. Leonarda odprawił swoją pierwszą Mszę Św. w intencji zmarłych rodziców i brata – takie miał pełne zadumy i nostalgii Prymicje. Po studiach, kiedy przyjął sakrę biskupią, został Metropolitą Krakowskim a dwa lata później kardynałem. Jako profesor KUL-u ciągle spotykał się z innymi wykładowcami, przyjaciółmi i studentami, spędzał wakacje, wspólne wyprawy wędrówki, spływy kajakowe. I przyszedł pamiętny dzień 16 października 1978 roku, kiedy wybrano „papieża z dalekiego kraju” – nie mógł już wrócić do swojej ukochanej Ojczyzny, ale ciągle tęsknił za nią, jak ta posadzona sosna w watykańskich ogrodach, przywieziona kiedyś przez górali, która uschła z tęsknoty za polską ziemią. Oprócz duchowych cierpień i rozterek przyszły fizyczne.
Podczas środowej audiencji 13 maja 1981 r. Ojciec Święty, stojąc w papamobile, po raz drugi okrążał plac św. Piotra. Kiedy zbliżał się do Spiżowej Bramy, ok. godz. 17.17, turecki terrorysta Ali Agca oddał do niego trzy strzały z odległości około 3 metrów, /przy czwartym strzale zaciął mu się pistolet/, raniąc papieża w jamę brzuszną, prawy łokieć i wskazujący palec prawej ręki. Wraz z papieżem zostały ranne osoby. Kardynał Stanisław Dziwisz – ówczesny sekretarz papieża, tak wspomina to wydarzenie: „Huk był ogłuszający. Naturalnie zrozumiałem, że ktoś strzelał. Ale kto? I zobaczyłem, że Ojciec Święty został zraniony. Zapytałem: gdzie? Odpowiedział: w brzuch. Spytałem jeszcze: czy bardzo boli? A on odpowiedział: tak. Stojąc za Ojcem Świętym, podtrzymywałem go, żeby nie upadł. Półleżał w aucie oparty o mnie i tak dojechaliśmy do ambulansu koło centrum sanitarnego wewnątrz murów watykańskich. Ojciec Święty oczy miał zamknięte, bardzo cierpiał i powtarzał krótkie modlitwy w formie aktów strzelistych. O ile dobrze pamiętam, to najczęściej: »Maryjo, Matko moja! Maryjo, Matko moja!«”. Papież, który cudownie przeżył po bardzo trudnej operacji zamach, napisał znamienne słowa: „Czyjaś ręka strzelała, a inna ręka prowadziła kulę” – dziękując w ten sposób za uratowanie życia patronce tego dnia – MB Fatimskiej. Od tego momentu jego związek i łączność z osobami chorymi stała się bliska i zażyła – ponieważ sam doświadczył w swoim życiu wielokrotnie cierpienia i doświadczenia choroby.
Jeszcze w Polsce, w 1983 roku, na Jasnej Górze zawierzył swoje   życie Bogu i Matce Najśw. i wszystko oddal Jego Woli; wypowiadając często słowa: TOTUS TUUS – Jam Cały Twój Maryjo –   w cierpieniu, chorobie i starości.
Kiedy papież w czasie swej pielgrzymki do Ojczyzny w 1987 roku był w Gdańsku –Oliwie, wtedy spotkał się z osobami chorymi i cierpiącymi.  Wtedy też wypowiedział pamiętne słowa do osób cierpiących: „Wy jesteście moją siłą. Kiedy na was patrzę moja siła w Was. Wasze cierpienie jest SKARBEM dla Chrystusowego Kościoła!” Dlatego w 1992 r. Jan Paweł II ustanowił Światowy Dzień Chorego uświadamiając wszystkim wierzącym, jak ważna jest rola i powołanie osób starszych, chorych i cierpiących w Kościele… Dlatego tak mocno wołał o poszanowanie ludzkiego życia od naturalnego poczęcia, aż do naturalnej śmierci. Zamach przyczynił się do spadku odporności, było wiele mechanicznych uszkodzeń – zszyto rozerwane jelito grube i wycięto ponad 56 cm jelita cienkiego. Tak silne naruszenie jelit spowodowało poważne kłopoty z układem pokarmowym. Konieczna była długa rekonwalescencja. pojawiły się inne schorzenia – po latach przyszła choroba Parkinsona /najprawdopodobniej dziedziczna po matce, którą ojciec nosił w ostatnich dniach życia na rękach/. Ostatnie miesiące życia Jana Pawła II naznaczone były szczególnymi dolegliwościami. W lutym 2005 r. papież zachorował na grypę, w wyniku której rozwinęła się niewydolność oddechowa. Konieczne było przeprowadzenie tracheotomii. Na skutej infekcji dróg moczowych Jan Paweł II doznał wstrząsu septycznego. Papież, który sam walczył z chorobą, cierpieniem i starością, choć nie zawsze po ludzku potrafił się z tym pogodzić /rzucił ze złością laską, stukał pastorałem zanim udało się ruszyć- no wreszcie idziemy! /, to jednak nauczył się akceptować stan postępującej choroby. Św. Jan Paweł II pokazywał nam, jak godzić się z cierpieniem. To było to jego TOTUS TUUS w cierpieniu, chorobie i starości. Pracował do końca swoich dni, dopóki nie przeszkodziła mu całkowicie choroba. Pewna 67-letnia kobieta, która cierpiała na chorobę Parkinsona napisała: „Podziwiam papieża, iż wciąż wykazuje taki upór i hart ducha, tym bardziej że u niego choroba jest prawdopodobnie bardziej zaawansowana niż u mnie – mówi – Jego widok, jego uśmiech pozwalają mi przetrwać, cieszyć się życiem”. A Św. Matka Teresa z Kalkuty powiedziała na spotkaniu z papieżem: Jesteś otuchą dla świata. W tobie, Ojcze Święty, w twojej sile każdy cierpiący odnajduje cząstkę siebie. W tobie chorzy odnajdują nadzieję”
Jakże pięknie mówił o świadomym znaczeniu o cierpienia fizycznego, którego sam niejednokrotnie doświadczał: „Cierpienie ma sens! Cierpienie nie jest karą za grzechy ani odpowiedzią Boga za zło człowieka. Można je rozumieć tylko i wyłącznie w świetle Bożej miłości, która jest ostatecznym sensem wszystkiego, co na tym świecie istnieje!”
Papież, który doświadczał sędziwego wieku, jakże trafnie i pięknie mówił o też starości: „Starość wieńczy nasze życie. Jest czasem żniw: tego, czego się nauczyliśmy, co przeżyliśmy; a także tego, co wycierpieliśmy i wytrzymaliśmy”.   Te zdjęcia pokazują, jak bardzo cierpiał, ale do końca zachował spokój i wierność Bogu i Maryi. Pamiętny Wielki Piątek – ostatnia Droga Krzyżowa papieża i ostatnia Wielkanoc – kiedy już nie mógł przemówić, ale tylko pobłogosławił lud zebrany na placu. Aż nadszedł dzień – sobota, 2 kwietnia 2005 r. Wieczorem, wobec rzeszy ludzi zgromadzonych na Placu św. Piotra i milionów na całym świecie czuwających w kościołach, na placach i przed telewizorami, abp Leonardo Sandri wygłosił pamiętne słowa: „Drodzy bracia i siostry, o godzinie 21.37 nasz umiłowany Ojciec Święty Jan Paweł II powrócił do Domu Ojca”. Ten wyjątkowy i niesamowity w swoim wymiarze pontyfikat Papieża – Polaka dobiegł końca.
Papież przez cały czas dawał nam przykład niezłomnej wiary – ale w tych ostatnich latach, miesiącach i dniach choroby i agonii dal nam najpiękniejszą lekcję – przechodzenia z wielką wiarą, nadzieją i miłością stąd do wieczności – wprost w kochające ramiona Boga Ojca. Otoczony życzliwością wielu ludzi: tych,  którzy mu służyli do ostatniego tchnienia i tych, którzy czuwali na modlitwie – prosząc o zdrowie ,a potem o łaskę wypełnienia się woli Bożej w jego życiu.
Patrząc na ten niedościgły wzór wierności Bogu i wytrwałości w bólu i chorobie
do końca, prośmy gorąco o łaskę wytrwania w cierpieniu i doświadczeniach życiowych dla nas, dla wszystkich chorych i cierpiących, o siłę i pogodę ducha, o ufność Bożej Opatrzności w wypełnieniu jego woli względem każdego z nas, prośmy też za wszystkich, którzy troszczą się o chorych o łaskę pokory, cierpliwości i wytrwałości w trudnym zadaniu opieki nad ludźmi doświadczonymi przez starość, chorobę  i cierpienie. Niech to rozważanie zakończą słowa modlitwy Św. Jana Pawła II:
 „Naucz nas Panie znosić w pokorze i zgodnością nasze cierpienia, choroby i przeciwności. Pomóż nam wytrwać w najtrudniejszych momentach życia. Naucz nas godzić się z cierpieniem, które nas doświadcza. Panie nasz Boże, bądź dla nas skała schronienia i warownią, która ocala”. Amen.

Homilia na I Piątek Miesiąca, 7 lutego 2020 r.

Jedna z filozoficznych maksym mówi, że: „Prawdziwe dobro zawsze się pomnaża i rozlewa”.  Bo co się gromadzi, to potem można rozlewać!  Słowo Boże przedstawia nam dwie historie dwóch królów: Dawida i Heroda. Są one bardzo podobne i zbliżone do siebie. Grzechy także mieli podobne – Dawid wziął Batszebę, która była żoną Uriasza Hetyty, a Herod Herodiadę – żonę swego brata.
Ale to o Dawidzie, a nie o Herodzie pisze Mędrzec Syrach: „Albowiem starł nieprzyjaciół znajdujących się wokół, zniszczył wrogich Filistynów i złamał ich moc aż do dnia dzisiejszego. W każdym swym czynie oddał chwałę Świętemu i Najwyższemu słowami uwielbienia, z całego serca swego śpiewał hymny i umiłował Tego, który go stworzył”. Król Dawid po słowach proroka Natana: „To ty jesteś królu tym człowiekiem – tym grzesznikiem”, potrafił przyjąć z pokorą upomnienie proroka, rozpoczął czas pokuty i nawrócenia.  Niestety postawy braku nawrócenia zabrakło w zachowaniu króla Heroda. Dlatego bardzo pięknie autor I czytania puentuje postawę Dawida „Pan darował mu grzechy, moc jego podniósł na wieki, dał mu przymierze królowania i tron chwały w Izraelu”.
Historia Heroda mogła mieć co najmniej dwa zakończenia.
Król Herod pierwszy raz dostał swoją szansę nawrócenia, Sumienie królewskie nie dawało mu spokoju, gdy słuchał Jana Chrzciciela. „Ilekroć go posłyszał, odczuwał lęk i duży niepokój w swojej duszy, a przecież chętnie go słuchał”. Drugi raz podczas uczty, kiedy córka Herodiady tańczyła przed biesiadnikami, kiedy stał się niewolnikiem pustej obietnicy, mówiąc do dziewczyny: „Dam ci, o co tylko poprosisz, nawet połowę mojego królestwa”.
Zawistna matka zemściła się na Janie Chrzcicielu, który i tak już gnił w lochu za to, że upomniał króla: „Nie wolno ci mieć żony twego brata”. Okazało się, że urok tańczącej dziewczyny i słowo dane przy pijanym towarzystwie, było o ironio ważniejsze od życia ludzkiego: „Chcę, żebyś mi zaraz dał na misie głowę Jana Chrzciciela”. Trzecia szansa, kiedy usłyszał o Jezusie, to nie potrafił się przyznać do grzechu, nie uwierzył w obiecanego Zbawiciela, którego zapowiadał Jan Chrzciciel tylko mówił: „To Jan, którego kazałem ściąć, zmartwychwstał”.
Dwie głowy, dwie straty, dwa różne zakończenia. Jan fizycznie stracił głowę dla świadectwa prawdy. Herod stracił głowę z własnej pożądliwości i oportunizmu. Jan stracił życie, Herod – stracił prawe życie i czystość sumienia. Jan zyskał wieczność w Bogu, Herod – lęki i wyrzuty sumienia. Tylko ode mnie zależy, czy w życiu opowiem się za prawdą, czy przeciwko niej, reszta to konsekwencja wyboru. Ode mnie także zależy, czy będę opierać moje życie na wartościach, czy na instynktach. Na czym zatem opieram swoje życie? Co jest dla mnie podstawą w działaniu i codziennym postępowaniu?!
Wybieranie dobra i zła to nasza codzienność. Dla nas ludzi wierzących to jest norma – to jest rzeczywistość Bo jak pisze Św. Paweł: „Raz wybrawszy, ciągle wybierać muszę!” Prośmy gorąco, abyśmy byli wierni naszemu powołaniu i zawsze wybierali właściwą drogę, zgodnie z głosem sumienia:
Panie Jezu, ty wybrałeś mnie na swoje narzędzie, aby dawał świadectwo prawdzie. Pomóż mi odkrywać i doświadczać, że wybierając prawdę, zawsze wybieram Ciebie. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

Homilia na II Niedzielę zwykłą – 19 stycznia 2020

Oto Branek Boży, który gładzi grzech świata”.

Ewangelia przybliża misję Jana Chrzciciela, który jest powołany przez Boga do odnowy moralnej Narodu Wybranego i przygotowania na przyjście Mesjasza. Jan Chrzciciel to asceta o wysokich wymaganiach, który przebywa na pustyni; ubogie odzienie i skromny pokarm. Wielkość Jana wynika stąd, że nie był on pazerny na zaszczyty i honory – jak koń w zaprzęgu znał swoją drogę; wiedział, co ma czynić, nie szukał żadnych korzyści i sławy, aby samemu zabłysnąć.
Tak jak preludium przygotowuje nas w koncercie muzyki poważnej do pełnego utworu muzycznego, tak Jan Chrzciciel był autentycznym heroldem, zapowiadającym nadejście Zbawiciela.
Na przełomie XIX/XX wieku w Stanach Zjednoczonych Ameryki wybuchła tzw. „gorączka złota”. Ludzie sprzedawali majątki, wyjeżdżali na Zachód, aby poszukiwać tego najcenniejszego kruszcu. Stawali się poszukiwaczami złota i potrafili wszystko podporządkować poszukiwaniom jednej małej grudki złota, która odmieniłaby ich cale życie! W postawie Jana ukazuje się podobna sylwetka poszukiwacza. On jednak był w swoich poszukiwaniach nastawiony na przyjście Mesjasza. Jezusa mogą spotkać i rozpoznać tylko te osoby, w które wkładają w spotkanie z Poszukiwanym wysiłek i mają wielkie pragnienie spotkania Jezusa. Tacy byli pasterze, Trzej Królowie – Mędrcy ze Wschodu, takim był Jan Chrzciciel. Czy ja mam w sobie wielkie pragnienie spotkania i odkrycia na nowo Boga?! Co robię, żeby to spełnić?! Tylko postawa poszukiwacza jest wartością najważniejszą w ludzkim życiu. Jeśli ktoś prawdziwie szuka Boga, nigdy w tym poszukiwaniu nie ustaje.
Z dzisiejszej Ewangelii, dowiadujemy się, że ten poszukiwany Baranek Boży gładzi największe i najcięższe grzechy. Zastanawiamy się czasami, dlaczego wracają do nas stare grzechy /jak wstrętne upiory/ dawne nałogi, nieczyste sprawki, uzależnienia, poniżające nas, mimo że wyznaliśmy je szczerze w Sakramencie Pojednania? Nie potrafimy do końca uwierzyć, że Jezus, który zgładził nasze grzechy na krzyżu, stale je nam przebacza, abyśmy mogli mieć życie wieczne.
Jezus znosił nas jako grzeszników, a my nie potrafimy do końca znosić i zaakceptować innych jako grzeszników. Ciągle widzimy, że czynią nam krzywdę, bo brak w nas przebaczenia. A to już mały krok do osądzania. Często osądzamy innych, przypisując im wady i winy, których się domyślamy, ponieważ ich po prostu nie znosimy. Czasami lepiej być karconym i osądzanym, niż osądzającym i karcącym. Bo nawet jeśli ktoś nas niesprawiedliwie osądzi i skarci, a my potrafimy to znosić i przebaczyć – czeka nas nagroda w postaci daru Bożego miłosierdzia.
Jan wyznaje wiarę w Jezusa Chrystusa, mówiąc: „Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym”. Świadectwo Jana pokazuje, że Jezus Syn Boży ma misję do spełnienia.
Oto rdzeń chrześcijańskiej Dobrej Nowiny: „Chrystus umarł zgodnie z Pismem za nasze grzechy, został pogrzebany, zmartwychwstał trzeciego dnia, zgodnie z Pismem” To wyznanie ma ogromne znaczenie dla ekumenii. Jest swoistego rodzaju Osią Ekumenizmu – czyli wzajemnego porozumienia między kościołami chrześcijańskimi. Zarówno protestanci, katolicy jak i prawosławni utrzymują, że nie można negować i podważać roli zbawczej Jezusa. Prawdziwe zjednoczenie Kościołów chrześcijańskich nie może się dokonać bez akceptacji tego wyznania.
Hasło tegorocznego Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan brzmi: „Życzliwymi bądźmy dla siebie”. Nie da się zaprzeczyć, że chrześcijaństwo podzielone na różne Kościoły i wspólnoty jest zgorszeniem dla świata. Dla współczesnych zlaicyzowanych ludzi skłóceni wyznawcy Chrystusa nie są wiarygodnymi świadkami. Zastanówmy się: jak ja, jak my w codziennym współżyciu możemy realizować wzajemną życzliwość między chrześcijanami, którzy przynależą do rozmaitych wspólnot kościelnych?

O, Jezu Chryste, nasz Panie i Zbawco, Ty wezwałeś wszystkich Chrześcijan do zbliżenia się i dzielenia Twoim Ciałem i Twoją Krwią. Podzielił nas jednak grzech i nie możemy razem sprawować Twoją Najświętszą Eucharystię. Prosimy Cię: wybacz nam, pomóż nam wejść na drogi pojednania, zgodne z Twoją Wolą. Ogarnij nasze serca ogniem Ducha Świętego, udziel nam Ducha Mądrości i Wiary, Odwagi i Cierpliwości, Pokory i Wytrwałości, Miłości i Nawrócenia, abyśmy dążyli do prawdziwego zjednoczenia w jednej owczarni i pod jednym pasterzem. Amen.

Homilia na Uroczystość Bożego Narodzenia 2019

„Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką;
nad mieszkańcami kraju mroków zabłysło światło.
Pomnożyłeś radość, zwiększyłeś wesele”.

Dlaczego tej Nocy i Tego Dnia Bóg jest nam wyjątkowo tak bliski? W tym świecie pełnym bólu, cierpienia, rozpaczy i zwątpienia pojawił się On – nasz Ukochany Bóg i Pan. Przyszedł On po to, aby przywrócić ludziom
właściwy porządek, uzdrawiając nie tylko ludzkie serca i dusze, ale też codzienne problemy i wszelkie inne sfery naszego życia. Ocalił On to wszystko przed zatraceniem, rodząc się jako bezbronne małe dziecię w niepozornym miasteczku Betlejem.
Autor książki „O naśladowaniu Chrystusa” – Tomasz à Kempis napisał: „Nigdzie na świecie nie wydarzył się większy cud, niż w tej małej stajni w Betlejem. Tu stali się jednym: Bóg i człowiek.”
Kolejny raz w Tajemnicy Wcielenia Bożego Słowa natrafiamy na szereg paradoksów. Po pierwsze Król, Mesjasz i Zbawiciel rodzi się nie w luksusowym pałacu, w komnacie, w kołysce, ale na peryferiach Betlejem, w ubogiej nędznej szopie, na sianie i w kamiennym żłobie. Po drugie – w jednym z najbrudniejszych miejsc świata – w stajni narodziła się prawdziwa Świętość i Czystość. Po trzecie – Ten, którego w czasie męki i śmierci krzyżowej ludzie wyśmiewali i katowali, zachowując się gorzej niż zwierzęta, przyszedł na świat pośród zwierząt, które parą ogrzewały – jak śpiewamy w kolędzie, kwilące z zimna Male Dzieciątko.
Po czwarte – Ten który mówił o siebie: „Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba”, został położony w żłobie – w miejscu służącym do jedzenia dla zwierząt. Czyż to nie zadziwiająca i wzruszająca tajemnica Naszej Wiary?!
Celebracja Świętowania Bożego Narodzenia powinna być odpowiedzią na pytanie, jak obecnie ta Wielka Tajemnica Wiary wpływa na moje, twoje, nasze życie?  Przykład dają nam Pasterze, którzy obudzeni przez anioła słowami: „Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu;
dziś bowiem w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz Pan!”
 – pokazują, że trzeba podjąć trud i wysiłek: wybrać się w drogę, odnaleźć Dziecię i wsłuchać się w treść Dobrej Nowiny, którą przynosi, zapytać Maryi i Józefa, którzy są najbliżej tej tajemnicy. W czasie Świąt warto znaleźć czas, na spotkanie z Bogiem w czasie celebracji Eucharystycznej – w uczestniczeniu we Mszy Św. w przyjęciu do swego serca Komunii Św.; trzeba po prostu wyjść ze swoich przyzwyczajeń na poszukiwanie Nowonarodzonego, aby zadziwić się wielką miłością Boga do człowieka. I taka jest nasza tegoroczna szopka – to symbol naszej drogi – żeby znaleźć Jezusa, trzeba wyjść z ławki, podejść i odnaleźć szopkę – stanąć, uklęknąć i zadumać się choć przez chwilę nad Tajemnicą Narodzenia – czyli Wielkim Cudem Wcielenia Bożego Słowa.
Bo jeśli my mamy czas dla Boga to i On będzie miał czas dla nas i będzie o nas pamiętał!
Wszyscy chcą świętować. Czy jednak umieją dobrze przeżywać ten czas, czy wiedzą jak i co świętują?
Są tacy, którzy świętowanie, którzy tajemnicę Bożego Narodzenia i widzą w obficie zastawionym stole. Nie można się gorszyć się takim patrzeniem, ale trzeba jedna pamiętać, że jak podają statystycy – co roku w Polsce marnuje się około 9 mln ton żywności, a święta Bożego Narodzenia to „okres szczególnie temu sprzyjający”. Jak wynika z najnowszych badań, ponad 20%. Polaków wyrzuca w czasie Świąt ok. 1,5 kg jedzenia. Według badań prawie połowa Polaków przy okazji Świąt Bożego Narodzenia ma poczucie, że marnuje pieniądze na nietrafione prezenty
i zbyt dużą ilość kupowanego jedzenia, co wskazuje na potrzebę większej refleksji i przyjrzenia się naszej świątecznej gospodarności w kuchni. Chociaż mamy potencjał do niemarnowania, to wciąż powinniśmy się uczyć gospodarności przy naszych świątecznych stołach.  Może warto zwrócić na to uwagę, żeby na stole było o jedną czy dwie potrawy mniej, ale abyśmy o jedną godzinę więcej czasu poświęcili na rodzinne i osobiste spotkania – po to, aby się zatrzymać na chwilę w tym pędzie życia, aby po prostu być dla siebie najwspanialszym darem i prezentem.
To czas na odwiedziny bliskich, zwłaszcza chorych cierpiących w szpitalach, to czas na rozmowy i spotkania ze współmałżonkami, z rodzicami, z rodzeństwem, z dziećmi. To czas na spacery, na nawiedzenie cmentarza i spotkanie przy grobach z najbliższymi; to czas na bycie razem. Ciągle tłumaczymy się – nie mam czasu, tyle spraw – teraz jest ten czas, aby na chwilę przystanąć, zatrzymać się i w świetle narodzin Bożej Miłości – obdarować siebie nawzajem tym co najcenniejsze i najważniejsze: naszą obecnością, czasem i naszą miłością. Ludzie powracają po latach do wierności Bogu – bo za Kimś tęsknią, bo im Kogoś brakuje – bo pieniądze kariera, prawdziwe życie w dobrobycie to nie wszystko – i to jest ta pocieszająca opinia, że mamy wielką szansę na umocnienie naszej wiary, na pogłębienie wartości chrześcijańskich, na pielęgnowanie tego, co nazywamy w skrócie polską kulturą i tradycją. Parafrazując słowa piosenki Andrzeja Sikorowskiego i Grzegorza Turnaua: „Nie przenoście nam stolicy do Krakowa” – chcemy wołać: nie przenoście nam świeckich zwyczajów ze świata i Europy do naszej kultury i naszego dziedzictwa – bo to, że do nich wracamy i czujemy się z nimi dobrze, to że za nimi tęsknimy tam poza granicami kraju i w dużych miastach, w korporacjach – świadczy o tym, że to tak zostaliśmy wychowani – to są nasze korzenie, których się nie podcina i nie wolno niszczyć.
Anna Kamieńska
w wierszu „Chwila pojednania” napisała:
Weź w rękę siwy opłatek dnia, bo oto nadeszła chwila pojednania
Niech się pojedna jabłko z nożem
drzewo z ogniem
dzień z nocą
śmiech z płaczem
nicość z ciałem
niech się pojedna
samotność z samotnością
Aby „noc szczęśliwego rozwiązania” napełniała nas wszystkich nadzieją na nowe, lepsze dni i dawała poczucie siły jaka płynie z bycia wspólnotą.
Kochani! Kiedy wyjdziemy po Mszy Św., to stańmy przed sobą i podzielmy się białym chlebem, życząc sobie tego aby Jezus –Książe Pokoju narodził się tej nocy i tego dnia w każdym z nas.
Panie Jezu! Świętuję dziś Twoje narodzenie, bowiem przyszedłeś na świat w ludzkim ciele, aby wyprostować nasze ścieżki. Maryjo dziękuję Bogu za Twoje „Tak”, przez które stałaś się matką Kościoła i moją Matką. Uwielbiony bądź, Boże, za dar Twojego Syna. Zbawicielu, przyjdź i zamieszkaj w moim sercu, aby moc Twojej miłości przemieniała moje życie. Amen.

Homilia na Święto Niepodległości 2019

 „Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: «Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze», a byłaby wam posłuszna”.

Wiara działa przez przebaczenie

Człowiek jest jednością duszy i ciała. Jego działanie powinno być potwierdzeniem wyborów ducha. Nie zawsze tak się dzieje, gdyż jedność osłabiona jest przez grzech. Jezus zachęca nas dziś do niestwarzania innym okazji do grzechu oraz do przebaczania. W tym idziemy Jego śladami, bo chrześcijanin to człowiek, który Jezusowy sposób działania czyni swoim. Chrystus nie chce śmierci grzesznika, dlatego stale wzywa do nawrócenia. Miłość do drugiego człowieka nie pozwala na obojętność wobec zła, które ten czyni. Dopiero jednak fundament wiary pozwala zrozumieć logikę Bożej miłości, która walczy o człowieka. W wierze widzimy, jak Bóg nas traktuje. W wierze nie gorszymy się złem, lecz walczymy bez zniechęcenia, bo wszystko jest możliwe dla tego, kto wierzy.
Pewien człowiek wybrał się do lasu, aby znaleźć ptaka, którego chciał wziąć do domu. Znalazł młodego orła, przyniósł go i wsadził do ptasiej zagrody między kury, kaczki i indyki. Dawał mu kurze jedzenie, chociaż był to orzeł, król ptaków. Po 5 latach odwiedził raz tego człowieka pewien przyrodnik. Gdy szli razem przez dziedziniec, zawołał: Ten ptak nie jest przecież kurą, to orzeł!”  “Tak – powiedział właściciel – to się zgadza. Ale ja wychowałem go na kurę. On nie jest już orłem, ale kurą, chociaż jego skrzydła mają 3 metry szerokości. “Nie, powiedział tamten, on jest jednak orłem, gdyż ma serce orła, które każe mu pofrunąć w górę, w przestrzeń. Nie, nie, powiedział ów człowiek, on jest teraz prawdziwą kurą i nigdy nie będzie latał jak orzeł.”
Postanowili jednak zrobić próbę. Przyrodnik wziął orła, uniósł go w górę i powiedział z naciskiem:
Ty, który jesteś orłem, który należysz do nieba, a nie tylko do tej ziemi, rozwiń swoje skrzydła i pofruń!” Orzeł siedział na wyciągniętej dłoni i oglądał się. Za sobą zobaczył kury dziobiące ziarna i zeskoczył do nich. Następnego dnia wszedł z orłem na dach domu, uniósł go i zawołał: “Orle, który jesteś orłem, rozpostrzyj swoje skrzydła i pofruń!” Ale orzeł znów obejrzał się na grzebiące w ziemi kury, zeskoczył do nich i grzebał razem z nimi. Następnego dnia wstał wcześnie rano, wziął orła i wyniósł go z miasta, daleko od domów, do stóp wysokiej góry. Słońce właśnie wschodziło i ozłacało szczyt góry; wszystkie wierzchołki rozpromieniły się radością uroczego poranka. Przyrodnik wzniósł orła wysoko i powiedział do niego:
Orle, ty jesteś orłem. Ty należysz do nieba, a nie tylko do tej ziemi. Rozwiń swoje skrzydła i pofruń!”
Orzeł rozejrzał się, zadrżał cały, jakby weszło w niego nowe życie – ale nie odfrunął. Wtedy przyrodnik odwrócił go tak, że patrzył prosto w słońce. I nagle orzeł rozpostarł swoje potężne skrzydła, wzniósł się z okrzykiem orła, frunął wyżej i wyżej i nic powrócił już nigdy. Był orłem, chociaż został wychowany jak kura i oswojony! Jesteśmy stworzeni na obraz Boga, ale ludzie nauczyli nas myśleć jak kury i często sądzimy, że jesteśmy naprawdę kurami, chociaż jesteśmy orłami. Rozwińmy skrzydła i pofruńmy! I nie dajmy się nigdy zadowolić rzucanymi nam ziarnami. Orzeł to ptak, który frunie wysoko, ale zawsze potrzebuje powrotu do gniazda, skąd się wykluł i skąd wyleciał. Orzeł to nasz herb – symbol naszej wolności; powinniśmy ciągle wracać do gniazda – nie zapominać o naszej historii.

Cyprian Kamil NORWID  napisał piękny tekst,  który dla tych polskich orłów, które wyleciały przymusowo na emigrację z polskiego gniazda, bardzo cierpiały. On ciągle nam uświadamia, jak ważne są to słowa, do których wszyscy tak często wracamy:
Do kraju  tego,
gdzie kruszynę chleba
podnoszą z ziemi
przez uszanowanie
dla darów Nieba….
Tęskno mi, Panie..
Św. Jan Paweł II całując polską ziemię, w swoim powitalnym przemówieniu mówił:
„Pokój tobie Polsko – ojczyzno moja – Ojczyzna jest naszą matką ziemską. Polska jest matką szczególną. Niełatwe są jej dzieje, zwłaszcza na przestrzeni ostatnich stuleci. Jest matką, która wiele przecierpiała i wciąż na nowo cierpi. Dlatego też ma prawo do miłości szczególnej”
Papież Franciszek pięknie mówi o wolności „Wolność jest nam dana i zadana, abyśmy umieli dokonywać właściwych wyborów w życiu!” Prośmy gorąco, abyśmy potrafili właściwie zagospodarować, abyśmy zrozumieli, kim jesteśmy naprawdę i skąd bierze się nasza kultura, historia – dziedzictwo narodowe. Naród bez historii, bez tożsamości upada, ginie zanika. Parafrazując słowa Romana Dmowskiego: „Jestem Polakiem i obowiązki mam polskie!”, prośmy gorąco abyśmy nie zapomnieli kim jesteśmy i skąd nasz ród.
Panie, przymnóż mi wiary, abym spoglądał na Twoją postawę wobec grzeszników i próbował Cię naśladować. Najpierw w wymagającej miłości do siebie, a potem do innych. Amen.

Homilia na Dzień Zaduszny – Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych – 2 listopada 2019

„Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał!”

Dzień dzisiejszy – Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych to podwójne doświadczenie.
Z jednej strony skończoność naszej natury, bo przechodzimy naturalny proces obumierania, a potwierdzają to groby naszych bliskich. Z drugiej strony – nadzieja płynąca z wiary w Boga, który jest Bogiem życia i wszystko dla Niego żyje. Trzeba tę tajemnicę przeżywać we wszystkich jej wymiarach. Nie bójmy się bólu rozstania, jaki odczuwamy, stając przy grobie bliskich nam osób. Zauważmy, jak dobrze, że szczytem grobów naszych bliskich jest krzyż. Patrząc na ten znak Jezusowego zwycięstwa, zaczynamy patrzeć oczami wiary. Krzyż to śmierć, która nie miała ostatniego słowa. Chociaż Jezus na krzyżu wypowiada ostatnie słowa: Ojcze w Twe ręce składam ducha mego!”, to jednak nie jest koniec. Śmierć to brama ku życiu dla wszystkich, których Jezus umiłował. A miłość pragnie bliskości na zawsze. Jeśli nasz bliski przeszedł tę bramę śmierci razem z Jezusem, to ból zamienia się powoli w nadzieję. Staje się przypomnieniem, że Jezus jest jedyną prowadzącą tam Drogą. Trzeba się jej mocno trzymać, a wtedy serce nie będzie się trwożyć.
Bo życie człowieka nie kończy się na cmentarzu! Przecież w to wszyscy wierzymy!

Pięknie o tym mówią słowa prefacji – modlitwy przed konsekracją z Mszy Św. za zmarłych: „Albowiem życie Twoich wiernych Panie, zmienia się, ale nie kończy… I choć nas zasmuca nieunikniona konieczność śmierci,  znajdujemy pociechę w obietnicy przyszłej nieśmiertelności”.
Polski poeta okresu romantyzmu, Cyprian Kamil Norwid, napisał w jednym ze swoich wierszy słowa:
Czy popiół tylko zostanie i zamęt, Co idzie w przepaść z burzą? – czy zostanie na dnie popiołu gwiaździsty dyjament, Wiekuistego zwycięstwa zaranie!”
Co zatem zostanie po nas – Popiół czy diament?!  Każdy z nas ma swój czas życia. Nie znamy dnia i godziny, kiedy Pan życia i śmierci odwoła nas przed swe oblicze. Ale wiemy, że ten czas, który jest przed nami, jest do naszej dyspozycji. Możemy wykorzystać go w ten sposób, żeby po naszym odejściu nikt nie będzie rozpaczał.
Kiedy zapalamy znicze lub lampki, to zauważamy, że światło tak długo się pali, dopóki nie wypali się oliwa lub wosk. Podobnie jest z nami – Człowiek żyje tak długo, jak długo trwa pamięć o nim. Dlatego nie możemy zapominać o naszych bliskich zmarłych, zwłaszcza, że oni nas potrzebują; naszej modlitwach, przyjętej w ich intencji Komunii Św., naszego duchowego wsparcia.
Dlatego przeżywając dziś Dzień Zaduszny chciejmy pamiętać i modlimy się za dusze w czyśćcu cierpiące, aby weszły do bram nieba, aby ich przygarnął Jezus Chrystus.

Umocnij mnie, Panie, w smutku rozstania z najbliższymi nadzieją jedności życia w Tobie na wieki. Spraw Panie, abym pamiętając o przemijaniu ludzkiego życia nie zapominał o moim zbawieniu.
Proszę Cię za nimi, aby mogli na zawsze doświadczać radości płynącej z Twojej szczególnej bliskości. Amen.